Bez żony i współpracowników utonąłbym

11 MAJA 2018 (NR 640) [ZNAKI CZASU/ANDRZEJ SICIŃSKI]

Wywiad z pastorem Jarosławem Dzięgielewskim, przewodniczącym Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego w RP

„ANDRZEJ SICIŃSKI”: Bracie Jarosławie — chyba tak powinienem zacząć oficjalną rozmowę z jednoosobowym organem wykonawczym Kościoła i jego pierwszym urzędnikiem, ale byłoby mi trudno, zważywszy że pochodzimy z tego samego zboru, z tego samego czasu sprzed naszej pracy w Kościele. Zatem, Jarku, może być?

JAROSŁAW DZIĘGIELEWSKI: Uff… Myślałem już, że ta rozmowa między nami będzie nazbyt urzędowa. To, co mnie męczy w Kościele, przynajmniej czasami, to pewna sztywność i dystans. Oczywiście należy się szacunek każdemu, nie tylko pełniącym jakieś eksponowane funkcje, ale chyba lepiej okazywać go przez wzajemne wsparcie, modlitwę, unikanie plotek itd. Rozumiem, że w pewnych, szczególnie oficjalnych sytuacjach, tj. nabożeństwach, jubileuszach czy wizytach u przedstawicieli władz, należy stosować oficjalne zwroty. Jednak w Kościele jako wspólnocie czasem to przeszkadza. Zdarzyło mi się już niejeden raz, gdy na jakichś zjazdach czy kongresach wdałem się w kuluarach w jakąś rozmowę z osobą, która mnie nie zna. Tak! To naprawdę się zdarza. Nie wszyscy w polskim Kościele mnie kojarzą. I konwersacja jest często niezwykle przyjemna do momentu, gdy mój rozmówca zaczyna mnie wypytywać, skąd jestem i co robię. Zazwyczaj nigdy nie odpowiadam wprost, bo gdy już się okaże, kim jestem, to zdarza się, że ludzie połykają kij od szczotki. „Aha…”. No i koniec swobodnej, pięknej rozmowy. 

Rozmawiamy w samolocie, wracając z kilkudniowego wspólnego pobytu w Jerozolimie na konferencji przewodniczących Kościoła oraz dyrektorów Sekretariatów Spraw Publicznych i Wolności Religijnej. W trakcie konferencji wspomniałeś, że zyskałeś nowe spojrzenie na służbę tego sekretariatu. Co miałeś na myśli?

Tak było rzeczywiście. Do tej pory traktowałem zagadnienia spraw publicznych i wolności religijnej jako niezbędne narzędzia do utrzymywania właściwego zewnętrznego wizerunku naszej społeczności i ewentualnie jako drogę pozyskania jakichś korzyści dla Kościoła. I choć wiele razy przy różnych okazjach staraliśmy się wykorzystywać kontakty pozakościelne ewangelizacyjnie, nigdy tak mocno jak teraz nie uświadamiałem sobie, że kręgi władz państwowych czy duchowni innych denominacji są szczególnym polem misji. Czasem, chyba niesłusznie, zakładamy, że z tej mąki chleba nie będzie. Po tej konferencji jestem przekonany, że do tego wyzwania należy podejść znacznie bardziej strategicznie, niż to robiliśmy do tej pory. A co za tym idzie, trzeba poświęcić temu dużo więcej czasu, rozwagi i modlitwy.

To teraz coś bliższego Tobie. Jak wygląda typowy dzień pracy przewodniczącego Kościoła, a jak typowy tydzień, miesiąc czy rok?

Chciałbym mieć coś takiego jak typowy dzień [śmiech]. Jednak to wygląda bardzo różnie. Czasem zdarza się, że po prostu pracuję w gabinecie, odpowiadając na korespondencję, prowadząc rozmowy, analizując wyzwania związane z misją Kościoła w Polsce, prowadząc konsultacje, przygotowując kazania, szkolenia itp. Jednak przynajmniej równie często jest to prowadzenie różnych spotkań, posiedzeń Zarządu Kościoła, komitetów, rad. Do tego dochodzi uczestnictwo w konferencjach, szkoleniach, no i to, co przynosi mi dużą przyjemność — sobotnie wizyty w zborach i na zjazdach okręgowych. Są takie pory roku, kiedy nawał pracy jest szczególny i wówczas czasem nie wiadomo, gdzie włożyć ręce. To listopad i pierwsza połowa grudnia oraz druga połowa lutego, marzec i pierwsza połowa kwietnia. Wtedy czasem jest kłopot z wykrzesaniem wolnego dnia. A nawet jeżeli go mam, to trudno się odłączyć od telefonu i e-maili. Moi współpracownicy mają podobnie [śmiech]. Kilka razy w roku dochodzą krótsze lub dłuższe wyjazdy za granicę; zazwyczaj 2-3 razy mamy spotkania organizowane przez Wydział Transeuropejski i jeden raz przez Generalną Konferencję.

Jesteś łącznikiem Kościoła w Polsce z Kościołem ogólnoświatowym. Powiedz coś o głównych wyzwaniach, przed jakimi stoi nasz Kościół w skali świata.

Z pewnością ogromnym wyzwaniem jest utrzymanie jedności tak ogromnej organizacji. Ja postrzegam to w kategoriach autentycznego cudu. Tak wielka społeczność z ogromnym zróżnicowaniem kulturowym potrafi zachować jedność wiary i celów. Jestem pewien, że bez wpływu Ducha Świętego byłoby to niemożliwe. Na świecie nie ma chyba innej globalnej tak jednolitej organizacji.

Ponadto jest jeszcze kilka szczególnych zadań związanych z misją. Azja, Bliski Wschód i — co dla Generalnej Konferencji staje się coraz bardziej oczywiste — Europa. Kościół dostrzega, że nasz kontynent — ten, z którego kiedyś misjonarze rozjeżdżali się na cały glob — potrzebuje wzmożonej, szeroko pojętej ewangelizacji.

Czy w Twojej ocenie jest w funkcjonowaniu Kościoła ogólnoświatowego lub samej Generalnej Konferencji coś, co należałoby poprawić?

Poproszę o następne pytanie [śmiech].

No to jak widziany jest Kościół w Polsce z perspektywy Generalnej Konferencji czy Wydziału Transeuropejskiego?

Nasz Kościół jest bardzo mały i z perspektywy globalnej jesteśmy takim łepkiem szpilki. Dość powiedzieć, że na jednego adwentystę przypada na świecie ok. 370 nieadwentystów (dane z 2016 r.), w Polsce ta proporcja wynosi aż jeden do ok. 6600. Ale mimo to Wydział Transeuropejski jest bardzo zainteresowany tym, jak prowadzona jest misja w naszym kraju. Jesteśmy bardzo doceniani za kreatywność w poszukiwaniu nowych sposobów ewangelizacji i aktywność w ich realizowaniu. Mamy oczywiście słabe strony, może trochę wynikające z naszych narodowych wad, albo — niestety — z braku duchowego życia zborów, ale oni o tym nie wiedzą [śmiech]. Podobnie jesteśmy postrzegani w Generalnej Konferencji, choć oczywiście tam już trochę giniemy w tłumie.

Wiemy, że niedawny przegląd pracy Sekretariatu Kościoła w Polsce, dokonany przez Wydział, wypadł bardzo dobrze. Czy był też robiony podobny przegląd służby przewodniczącego?

Nie, takiego audytu nie było. Chyba jeszcze nie dopracowano odpowiednich narzędzi… Ale doroczne audyty finansów i ten ostatni — Sekretariatu, świadczą pozytywnie o przewodniczącym w tym kontekście, że dobrał sobie świetnych współpracowników [śmiech]. A tak na poważnie, jestem Bogu niezmiernie wdzięczny, właśnie za tych, którzy stoją obok mnie i wspierają oraz uzupełniają moją pracę. Mam też dzięki Panu wspaniałe warunki w domu, które tworzy moja żona. Bez tego utonąłbym…

Przegląd przeglądem, ale czy jest coś takiego, co sam chciałbyś poprawić w swojej służbie?

Przede wszystkim w moim charakterze. Myślę, że wtedy zyskałaby także służba.

Co daje ci największą satysfakcję w służbie, a co robisz, bo musisz? A może jest coś, co cię zniechęca? 

Zacznę od końca. Zniechęcają mnie plotki i hejt w internecie, listy otwarte i różne protesty, które omijają zasady podane w Mt 18,15-17. Jestem osobą, w której naturze leży unikanie konfliktów, więc czasem zadaję sobie w takich sytuacjach pytanie, po co to wszystko? Odpuszczę i będę miał spokój. Niech ktoś inny gryzie się z tymi nienawistnikami. Ale przecież jedyny bezpieczny posterunek jest tam, gdzie wyznaczył go Bóg. Właśnie dezercja oznaczałaby dostanie się do naprawdę złego miejsca. To mnie trzyma tu, gdzie jestem. Całą moją służbę podporządkowałem pewnej myśli o Abramie z książki Patriarchowie i prorocy: „Nie pytał o obiecaną ziemię — czy gleba tam będzie żyzna, a klimat zdrowy, czy kraj jest pięknie położony i czy są tam warunki do zdobywania bogactwa. Bóg powiedział, więc Jego sługa musiał słuchać. Najszczęśliwszym miejscem na ziemi było dla niego to miejsce, w którym chciał go mieć Bóg”.

Muszę zajmować się niektórymi rzeczami, do których nie czuję powołania. Myślę tu szczególnie o pewnych obowiązkach związanych z zarządzaniem majątkiem kościelnym. Na szczęście miałem i mam dalej ten przywilej, że Bóg daje mi świetnych ludzi do współpracy, którzy mają właściwe kompetencje.

Satysfakcję mam, kiedy widzę, że Duch Boży prowadzi nas w sprawach rozwoju misji. Na przykład bardzo dobrze rozwinął swą służbę Komitet Ewangelizacji. Uczestniczenie w jego obradach to czysta przyjemność. Bardzo się też cieszę, gdy mogę czynnie uczestniczyć w szkoleniach i konferencjach pastorów, starszych zboru, kolporterów czy kierowników ewangelizacji. No i deser, czyli soboty, które mogę spędzić ze zborami. Czasem wydaje mi się, że dopiero w takich okolicznościach czuję się jak ryba w wodzie…

Wiele lat byłeś najpierw sekretarzem-skarbnikiem, a potem przewodniczącym diecezji. Za tobą pięcioletnia kadencja przewodniczącego Kościoła. Czy jest jakaś różnica w kierowaniu tymi organizmami — może skala spraw, ich liczba czy stopień skomplikowania?

Oczywiście, są analogie, np. konieczność zarządzania zespołem, kadrami, podobne zasady prowadzenia rad i zarządów. Ale są też różnice. W mojej obecnej funkcji wymagana jest znajomość większej liczby dziedzin, powinienem być takim człowiekiem renesansu. Ale to oczywiście mrzonka. Dzisiaj się tak nie da. Dlatego lubię się otaczać współpracownikami bardziej fachowymi w różnych zakresach ode mnie i oni stają się „moimi kompetencjami”. Dużym wyzwaniem jest prowadzenie rad bardzo zróżnicowanych instytucji. Nowym, dużym przeżyciem było dla mnie także to, że z racji funkcji mam możliwość zabierania głosu w sprawach globalnego Kościoła. Trochę przejmuje świadomość, że decyzje mają wpływ na cały Kościół w Polsce.

To, co mi doskwiera, to znacznie mniejsze możliwości zajmowania się zborami i pracy razem z pastorami.

Chyba rzeczywiście jest tego wszystkiego więcej. Przez to znacznie trudniej ograniczyć pracę tylko do ośmiu godzin dziennie i zaczyna się ona wdzierać do domu.

Jak wygląda proces decyzyjny „jednoosobowego organu wykonawczego”, który jednak, jak mówi Statut, „wypełnia swe obowiązki we współpracy z Sekretarzem i Skarbnikiem”?

Ten „jednoosobowy organ wykonawczy” to nasza polska specyfika, wynikająca z ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego w  RP. Tak wtedy to określono. W naszym Kościele na różnych szczeblach (od Generalnej Konferencji po zbór) większe znaczenie ma tzw. komitet administracyjny, czyli po prostu nasz trzyosobowy zarząd. Jasne, że są drobne rzeczy, w których nie ma potrzeby prowadzenia konsultacji i rozstrzygamy je jednoosobowo. Ale często, nawet kiedy mamy organizacyjne upoważnienie do podejmowania decyzji indywidualnie, rozmawiamy ze sobą o tym. Z Markiem i Maksymilianem, moimi najbliższymi współpracownikami, mamy bardzo dobrą płaszczyznę wymiany opinii. Kiedy pora na rozmowę, w gabinetach każdego za nas czujemy się równie dobrze. To nie jest tak, że oni przychodzą do mnie na dywanik. W wielu sprawach jesteśmy jednomyślni. Ale są takie, nad którymi długo, otwarcie i czasem zdecydowanie dyskutujemy. Mimo różnic pojawiających się czasem w spojrzeniu na to czy na tamto mamy do siebie wielkie zaufanie i to pomaga w wypracowaniu najlepszych ustaleń, a jednocześnie utrzymaniu wspaniałej atmosfery współpracy. Bardzo sobie to cenię.

Teraz popatrzmy na Kościół w Polsce z perspektywy mijającej kadencji. Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Zapytam przewrotnie: czy jesteś Jarosławem Wielkim? Czy w jakimś obszarze funkcjonowania Kościoła zaszła… dobra zmiana?

Pomidor!

O to zapytaj raczej innych, może przedstawicieli diecezji czy zborów… Zresztą za kilka tygodni odbędzie się Zjazd Kościoła i tam mnie podsumują [śmiech].

Zatem, jakie główne wyzwania stoją przed Kościołem w Polsce w kolejnej kadencji, a może i w dalszej perspektywie?

Jest trochę tego… Myślę, że musimy zmienić spojrzenie na rolę mediów, szczególnie na pracę przez internet. Sądzę, że to będzie wymagało odważnych decyzji już na początku następnej kadencji.

Zdecydowane zacieśnienie koordynacji służby instytucji i sekretariatów oddziałowych.

Rozwój naszej uczelni, ze szczególnym uwzględnieniem studiów pastorskich, a dalej troska o kolejne generacje pastorów i ewangelistów. Zaczyna nam coraz mocniej doskwierać problem uszczuplającej się kadry kościelnej.

Na koniec, co nie znaczy, że to najmniej istotne, wręcz przeciwnie — praca nad ożywieniem duchowym Kościoła. Mamy tu ciągle ogromny deficyt i ważną pracę do wykonania. Możemy mieć najcudowniejszą strategię i wspaniałe instytucje, ale bez głębokiej pobożności to wszystko będzie „jak miedź dźwięcząca”.

Ile dni w roku spędzasz poza domem i jak znosi to twoja rodzina?

Wychodzi mi średnio ok. 9-10 dni miesięcznie. W zeszłym roku to było 119 dni. Jak znosi to moja rodzina? Zapytaj Ewę [śmiech]. Czasem wydaje mi się, że moja żona ma jakieś niezwykłe pokłady sił i cierpliwości, szczególnie do mnie. Odczuwam jej ogromne wsparcie. Bez niej z pewnością moja służba nie byłaby tak efektywna. Starsze dzieci studiują w mieście najbardziej szczęśliwych ludzi w Polsce ze względu na miejsce swego zamieszkania, czyli w Białymstoku. Kiedy więc mnie nie ma, Ewa pilnuje domu, troszczy się o naszego syna Mateusza i moją mamę. Ostatnio coraz rzadziej — ze względu na naszą specyficzną sytuację rodzinną — może ze mną wyjechać na sobotnie usługiwanie. Bardzo lubi odwiedzać ze mną zbory.

Telefony, korespondencja, sprawy do załatwienia nigdy się nie kończą. Co robisz, żeby cię nie wykończyły? Jak się odstresowujesz, odprężasz?

Lubię po prostu być w domu. Lubię dobrą satyrę, lubię się śmiać z siebie i z innych (mam nadzieję, że nikogo tym nie uraziłem), cieszę się, kiedy mogę pojeździć rowerem lub popływać. Uwielbiam lasy. Niestety, bywam w nich coraz rzadziej. A kiedy chcę się oderwać na chwilę kompletnie, zostawiam telefon i zamykam się w jedynym z pokoi i rozwiązuję sudoku. Bez fałszywej skromności, jestem w tym nienajgorszy [śmiech].

 

Rozmawiał Andrzej Siciński