Ocalona

17 MAJA 2018 (NR 642) [MICHAŁ I MAREK RAKOWSCY]

Lubisz filmy i seriale? To uwaga, teraz będzie spojler — bohaterka tego wywiadu o Kościele adwentystów dowiedziała się z filmu „Przełęcz ocalonych”. Dziś sama jest adwentystką.

Natalio, widzieliśmy twój niedawny chrzest i — biorąc pod uwagę, że impulsem do poznania biblijnych zasad wiary był główmy bohater filmu Przełęcz ocalonych — domyślamy się, że jesteś fanką kina. Czym jeszcze zajmujesz się na co dzień?

Studiuję w Krakowie psychologię oraz socjologię — kończę właśnie pisanie pracy magisterskiej. Lubię muzykę, sport, gram w squasha. Ludzie uważają mnie za nonkonformistkę.

Poszłaś na film o Dossie z jakąkolwiek wiedzą o tej historii?

Nie. Poszłam do kina z rodzicami, tato wybrał Przełęcz ocalonych. Siadając w kinie, nie miałam pojęcia, że film jest oparty na faktach.

Jak wrażenia?

Nie ukrywam, że najbardziej interesowały mnie efekty specjalne. Dla nich poszłam do kina na ten sam film drugi raz. Oczywiście zainteresowała mnie też postać Desmonda Dossa. Był inny niż jego towarzysze. Podziwiam osoby, które się wyróżniają, nie podążają za tłumem. Sama nie lubię owczego pędu. Utożsamiałam się z tą postacią.

Na tyle, że postanowiłaś się o niej dowiedzieć czegoś więcej.

I to od razu po pierwszym seansie! Uderzył mnie ten moment, w którym Doss mówi: jestem adwentystą dnia siódmego. Co to jest? Powtarzałam sobie w myślach: adwentyści, adwentyści, adwentyści — żeby tylko zapamiętać i sprawdzić w domu, kim właściwie są. Wcześniej nawet nie słyszałam tej nazwy!

Udało się zapamiętać?

Tak, jeszcze tego samego dnia w internecie sprawdziłam informacje o adwentystach. Najpierw oczywiście skupiłam się na różnicach z moim Kościołem. Wieczorem całkowicie pojechałam po bandzie. Napisałam maila do lokalnego adwentystycznego pastora.

To się nazywa ciekawość! Co mu napisałaś?

Trochę się wstydzę treści tego maila. Napisałam, że mam 22 lata, jestem katoliczką, chodzę co niedzielę do kościoła i chciałabym porozmawiać o Bogu.

Czy to oznacza, że obejrzenie filmu było dla ciebie jakimś szczególnym duchowym przeżyciem?

Właśnie nie. To była czysta ciekawość.

Przyszła odpowiedź?

I to już następnego dnia. Umówiliśmy się na spotkanie i od razu – tego się nie spodziewałam — otworzyliśmy Biblię.

Miałaś wcześniej Pismo Święte?

Tak, czytałam je, choć dzisiaj uważam, że nie aż tak wnikliwie. Nigdy nie widziałam np. o szabacie. Dla mnie to był szok!

Jak do spraw wiary podchodziłaś od dzieciństwa?

Pochodzę z niewielkiej podtarnowskiej miejscowości. Moi rodzice są bardzo wierzący i tak nas wychowali. Dużą wartość miała dla mnie Maria oraz inni święci, zwłaszcza św. Antoni — patron od rzeczy zagubionych. Nie ukrywam, że był to dla mnie największy problem, kiedy lepiej poznawałam Biblię z pastorem.

Dla wielu osób wyprowadzka z domu rodzinnego na studia oznacza zerwanie z Kościołem.

Nie dla mnie! W kościele Mariackim byłam co niedzielę. Ale różne kaplice odwiedzałam nawet w tygodniu. Ładowałam w ten sposób akumulatory, zwłaszcza w trudne dni.

Jaką receptę na gorsze dni masz dzisiaj?

Smutna muzyka, płacz, katharsis — to moja psychologiczna metoda. Z punktu widzenia chrześcijańskiego ważna jest też oczywiście modlitwa.

Moja droga była podobna, bo ochrzciłem się w wieku 22 lat. Również byłem katolikiem, tylko nie takim zaangażowanym. Więc o ile u mnie ta przemiana była bardziej widoczna, ty chodziłaś do kościoła co tydzień — i dalej chodzisz, tylko w inny dzień. Kiedyś gorliwie się modliłaś – dalej to robisz, tylko już nie wspominasz świętych. Czy zostawiając kwestię wiedzy, widzisz różnicę w swoim życiu?

To nie jest tylko kwestia wiedzy. Czuję, że znalazłam swoje miejsce. Nie chciałam pozostawać w tym punkcie, w którym byłam. Moje życie było bez Boga…

Jak to — bez Boga? Przecież byłaś bardzo religijna, chodziłaś do kościoła!

Ale to była bardziej teoria. Im więcej czytałam Biblię, tym bardziej czułam, że czegoś jeszcze brakuje. Że nie układa się. Że mam pewne problemy — emocjonalne, zdrowotne, sercowe. Pomyślałam, że może to z czegoś wynikać. Zaczęłam łączyć niektóre rzeczy. Stwierdziłam, że bardzo brakuje mi Pana Boga. Wiedziałam, że jeśli Jego nie postawię na pierwszym miejscu, to nic innego nie zacznie dobrze funkcjonować.

Do sformalizowanej religii chciałaś dodać prawdziwą więź?

Tak. Zaraz po chrzcie, jeszcze na końcowym kazaniu, poczułam, że to jest to. Że jestem na właściwym miejscu. Pewien puzzel został „wklepany” w brakującą przestrzeń, pomyślałam. Oczywiście nadal będę się mierzyć z trudnościami, upadać. Ale wiem, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne się ułoży.

A pamiętasz swoją pierwszą wizytę w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego?

To był Tarnów. Byłam bardzo zestresowana. Siedziałam w pierwszym rzędzie i tylko rozglądałam się do tyłu — kiedy się wstaje, kiedy klęka. Natomiast przyjęcie było naprawdę miłe — ludzie byli kochani, niektórzy nawet mnie przytulali, choć kompletnie się nie znaliśmy.

Pewnie tata żałuje, że zaprosił cię do kina?

Chyba nie… Oczywiście na pewno nie spodziewał się, że zostanę adwentystką. Rodzice traktowali to raczej „lajtowo”, bo wiedzieli, że jestem mocno zakorzeniona w katolicyzmie. Nigdy nie ukrywałam moich nowych zainteresowań. Często po spotkaniu z pastorem dzwoniłam do mamy. Była na bieżąco. Czy się kłóciłyśmy? Nie. Po prostu ja swoje, mama swoje. Z jednej strony pewnie zgadzamy się w 90 procentach. Ale w tych kilku nie i tu mogłaby być „wojna”. Oczywiście w cudzysłowie, bo rodzice są bardzo wyrozumiali, akceptujący. Wiedzą na przykład, jak wygląda mój dzień, kiedy przyjeżdżam do domu w sobotę. Nasze relacje są genialne, dzwonię do mamy kilka razy dziennie.

A jak reakcja znajomych na twój chrzest?

Najbliżsi oczywiście o tym wiedzą. Trochę się śmieją. „Zobaczymy, jak długo w tym wytrwasz” — żartują.

Uznali to za jakąś fanaberię? O, poszła na Przełęcz ocalonych, została adwentystką. Pójdzie na Rangersów, zostanie wojownikiem…

Jeden kolega powiedział: daję ci pół roku. To było pół roku temu. Zatem w dniu chrztu wysłałam mu filmik z zanurzenia. Na co on: o jaaaa! (śmiech)

Imprezy, alkohol, jedzenie — czy chrzest to była dla ciebie duża zmiana i wyzwanie w codziennych przyzwyczajeniach?

Jasne, ale zmiana na plus. I obecnie mnie do tego wcale nie ciągnie, choć myślałam, że będzie mi brakować np. alkoholu. Alkohol faktycznie lubiłam. Trochę się z tym zmagałam. Myślałam, że nie można tego, nie można tamtego, no i generalnie ciężko być adwentystką. Patrzyłam na to w kategoriach zakazów. Myślałam o tym, co się traci, zamiast myśleć o tym, co zyskam.

Domyślam się, że trudno przekreślić całą przeszłość… Czy patrząc na perspektywę wielu lat, przypominasz sobie jakieś wydarzenie w swoim życiu, może nawet cud, który doprowadził do tego, kim jesteś teraz?

[Długa cisza]. Bardzo zbliżyła mnie do Pana Boga moja choroba. Od siódmego roku życia jestem chora na epilepsję. Myślę, że zbliżyło to do Boga zarówno moją rodzinę, jak i mnie. Ukształtowało mój charakter. Jestem przez to silniejsza psychicznie. Podczas wielu szpitalnych wizyt, kiedy już naprawdę nie dawałam sobie rady, modliłam się do Boga i prosiłam Go o pomoc. Czułam, że również moim rodzicom, których bardzo podziwiam, było bardzo ciężko, więc czasem musiałam być silna za dwóch. Nie chcieli, żebym widziała ich łzy.

To hartuje?

Trudne doświadczenia mogą przybliżyć do Pana Boga, jeśli się Mu pozwoli prowadzić. To jest bardzo trudne, bo nie zawsze wiemy, dlaczego tak się dzieje. Ja też nie wiem… Wciąż jestem chora, wciąż przeżywam gorsze dni.

Nie wiem, co będzie dalej i nie znam jednoznacznej odpowiedzi, jaki jest cel mojej choroby. Ale zaufałam. Ok, jeśli tak ma być, to niech tak będzie. Taka jest Twoja wola — mówię Bogu. Tyle kryzysów przeszłam, tyle razy byłam w szpitalu — to, że wszystko znoszę i mam jeszcze siłę, może być tylko od Pana Boga. Moją chorobę traktuję jako błogosławieństwo i ona rzeczywiście mnie zahartowała.

Rozmawiali Marek i Michał Rakowscy

DOPISEK REAKCJI:

  • Historia Natalii ukazała się w majowym wydaniu czasopisma Adventist World (kliknij w zdjęcie):

 

 

 

 

 

 

  • Po ukazaniu się artykułu o Natalii w Adventist World, do Sekretarza Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego w Polsce, wpłynęły słowa uznania ze strony jednego z producentów filmu “Przełęcz Ocalonych”. Podkreślił on wyjątkowy przykład postawy i wiary Desmonda Dossa, która dalej wpływa na ludzi i prowadzi do zmiany ich życia.