Upadające autorytety
8 stycznia wielu chrześcijan na całym świecie na chwilę się zatrzymało. Magazyn Christianity Today opublikował wyznanie Philipa Yanceya, jednego z najbardziej rozpoznawalnych chrześcijańskich autorów ostatnich dekad. Człowieka, który przez lata pisał o łasce, bólu, wierze i zwątpieniu. Człowieka, którego książki stały na półkach milionów wierzących. Wyznanie było bolesne: ośmioletni romans, złamane przysięgi, decyzja o wycofaniu się z publicznej służby.
22 STYCZNIA 2026 (NR 1184) [Felieton |Daniel Kluska]
W takich momentach chrześcijańska przestrzeń publiczna zwykle reaguje gwałtownie. Jedni domagają się potępienia, inni – natychmiastowej rehabilitacji. Jeszcze inni z zapałem analizują szczegóły, których i tak nie znamy. A jednak, im dłużej patrzy się na tę historię, tym wyraźniej widać, że nie jest ona przede wszystkim opowieścią o skandalu. To opowieść o sercu.
„Ponad wszystko strzeż swego serca” – ta starotestamentowa rada brzmi dziś zaskakująco współcześnie. Upadki rzadko zaczynają się od jednego dramatycznego kroku. Częściej od drobnych zaniedbań: myśli, które przestają być konfrontowane z Ewangelią; emocji, którym pozwala się żyć własnym życiem; granic, które przesuwają się niemal niezauważalnie. Nawet – a może zwłaszcza – wtedy, gdy na zewnątrz wszystko wygląda poprawnie, duchowo i „profesjonalnie”.
Historia ta przypomina również, że grzech nigdy nie jest sprawą wyłącznie prywatną. Szczególnie gdy dotyczy osób publicznych, nauczycieli, liderów. Ich decyzje – dobre czy złe – rezonują szerzej, niż byśmy chcieli. Dotykają rodzin, współmałżonków, czytelników, słuchaczy, a czasem także tych, którzy tylko z daleka obserwują chrześcijaństwo i na tej podstawie budują sobie obraz Boga. Dawid dowiedział się od proroka Natana, że jego grzech dał „okazję wrogom Pana do bluźnierstwa”. To zdanie wciąż boli, bo wciąż pozostaje prawdziwe.
Jednocześnie cała ta historia obnaża coś jeszcze: ograniczoność ludzkich sądów. W internetowych reakcjach łatwo było dostrzec różnice w perspektywach, usprawiedliwienia podszyte sympatią, a czasem surowość podszytą gniewem. To wszystko mówi więcej o nas niż o osobie, której historia stała się publiczna. Bo ostateczny osąd – intencji, szczerości, skruchy – nigdy nie należy do komentarzy, forów ani redakcji. Należy do Boga.
Może dlatego tak trudno przejść obok tej historii obojętnie. Dotyka ona bowiem każdego, kto wierzy, że chrześcijaństwo nie jest zbiorem idei, ale drogą relacji. Relacji, które wymagają pielęgnowania: z Bogiem, z drugim człowiekiem, ze współmałżonkiem. Jak pisała Ellen G. White, „niewielkie uwagi i uprzejmości” składają się na sumę szczęścia – i, można dodać, na sumę wierności.
Ostatecznie jednak felieton o upadku nie musi kończyć się pesymizmem. Wręcz przeciwnie. Paradoks chrześcijaństwa polega na tym, że łaska nie przestaje być łaską wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna. Jeśli jest coś, co pozostaje niezmienne w całej tej historii, to fakt, że wszyscy – bez wyjątku – żyjemy dzięki niej. Dzisiaj także.
I może właśnie dlatego ta bolesna wiadomość staje się cichym wezwaniem. Nie do plotkowania. Nie do osądzania. Ale do czujności, pokory i głębszego trwania przy Źródle. Bo blisko Boga nawet słabi ludzie mogą być narzędziami dobra. A daleko od Niego – nawet najbardziej utalentowani mogą wyrządzić nieobliczalne szkody.
Łaska pozostaje. I to do niej – nie do ludzkich opinii – pozostaje ostatnie słowo.
Daniel Kluska
